
„Za chwilę otworzę drzwi. I choć serce wali jak szalone, naciskam klamkę. Dziękuję każdemu pokojowi, kuchni, balkonowi i łazience. Każde z tych miejsc było świadkiem mojej historii, nawet kiedy się wyprowadziłam i mieszkała tu tylko mama.” – zanim to pomyślałam, wydarzyło się tak wiele.
Mój dawny, maleńki pokoik był na tyle duży, żeby zmieścić pianino, maleńki segment z „barkiem” służącym mi jako biurko i rozkładany fotel, na którym spałam od jedenastego roku życia.
Wcześniej mieszkaliśmy z rodzicami na poddaszu kamienicy, gdzie przedpokój był częścią klatki schodowej a toaletę bez umywalki, używaliśmy na zmianę z sąsiadami. Nasz „dom” stanowiło wąskie pomieszczenie z oknem i piecem, które równie dobrze mogłoby stanowić jeden ze strychów, od których dzieliły nas tylko ściany.
Myliśmy się po kolei w metalowej wannie, która stała w pralni na drugim końcu krętego korytarza. Po kilku sprzeczkach z sąsiadką, mama zrezygnowała z używania wspólnej kuchni. Wydzieliła część „pokoju” zasłonkami w kwiaty, organizując miejsce ze stołem, wyznaczającym naszą „jadalnię”. Lodówka stała już za drzwiami.
Potem rodzice próbowali zaadoptować jeden ze strychów, na dodatkowe miejsce do życia, ale nigdy nie lubiłam tej przestrzeni. Zapach kurzu czułam nawet po miesiącach od szorowania podłogi i ścian.
Doczekaliśmy się „przydziału” trzydziestosześciometrowego mieszkania, na siódmym piętrze, w jednym z toruńskich bloków. Płakałam z radości. Miałam wreszcie swój pokoik, w którym mogłam nawet przypiąć delikatnie szpilkami plakaty na tapecie. Mogłam też wychodzić na balkon, z którego rozciągał się widok na Starówkę i most w oddali.
Mieszkanie miało już prawie 20 lat, ale dla nas było nowoczesne. Kaloryfery, ciepła woda w kranach, łazienka z toaletą tylko dla nas… to były luksusy. W ciasnej kuchni, pod maleńkim okienkiem, przy rozkładanym blacie, udawało nam się nawet po śmierci taty, jeść z mamą posiłki. Kiedy wyprowadziłam się „na swoje”, mama mogła mieć wreszcie sypialnię, choć do końca stał w niej ten sam, niewielki segment meblowy. Pianino zniesiono z siódmego piętra, więc na jego miejscu stanęło łóżko.
Po śmierci mamy to mieszkanie przestało być mi bliskie. Szczególnie po remoncie, który zmienił je optycznie na przestronniejsze. Podobało mi się, ale brak mamy i zmiany, zdystansowały mnie nieodwracalnie. Cieszyłam się, że mogło być schronieniem dla innych.
Kiedy zamykałam drzwi ostatni raz, czułam ogromną wdzięczność i ulgę. Przypominałam sobie uśmiech mamy czekającej na mnie w odświętnej bluzce. Zawsze czekała na mnie z czymś ciepłym w garnku. To był jeden z przejawów jej miłości i troski. Klamkę do drzwi wybierałyśmy razem. Ciekawe czy nowi właściciele mieszkania zostawili ją dla siebie?
2 Responses
Mira
Właśnie czytam i łzy ciekną mi po policzkach ze wzruszenia…i jeszcze przypomniałaś mi o serialu,, Dom”, który też ze wzruszeniem oglądałam.
Dziękuję, że Jesteś ♥️
admin
Ostatnio grałam tę melodię w centrum handlowym w Funchal, a poprzednio na lotnisku Chopina w Warszawie. Razem z melodią z serialu „Polskie drogi” towarzyszy mi od najmłodszych lat. Obie stanowią akompaniament do mojej polskiej tożsamości.
Dziękuję za komentarz Mira. Jest dla mnie ogromnie ważny.