Majówka

with Brak komentarzy
fot. Katarzyna Sypniewska – Wałęsa
Majówka na wyspie to wyjątkowy czas. Jest ku temu kilka powodów. Tydzień przed Dia do Trabalho, czyli Świętem Pracy, przypada co roku rocznica Rewolucji Goździków – najważniejsze państwowe święto od 1974r. Ale Portugalczycy podróżują w tym czasie do najodleglejszych zakątków swojego państwa z innego powodu. Co roku w pierwszą niedzielę maja przypada Dia da Mãe, więc wszystkie dzieci – od najmłodszych do tych najbardziej dojrzałych, myślą tylko o swoich mamach.

A mamy są różne: młode, dojrzałe, nieobecne, nadopiekuńcze, ciepłe, wymagające, ambitne i oderwane od rzeczywistości… Mogłabym wymieniać długo przymiotniki oceniające kobiety, które rodziły. Nawet dla tych, które nie doczekały się swoich maleństw, lub musiały je pożegnać zbyt szybko – znalazłaby się lista określeń. Ale to tylko suche słowa i interpretacje, które nie są w stanie oddać treści macierzyństwa i kobiecości.

Sama nigdy nie rodziłam, ale miałam ukochaną mamę, za którą tęsknota towarzyszyła mi nawet, kiedy żyła. I choć była bardzo obecna w moim życiu, nigdy nie było mi jej dosyć.

Znam portugalską mamę, która rozmawia z aniołami i nie je niczego, co pochodzi od zwierząt. Wychowywała dwie córki sama. Poznałyśmy się na promie, kiedy z wielkimi walizkami i nadzieją w sercach patrzyłyśmy na maleńką wyspę w pobliżu Madery, która miała się stać ziemią obiecaną. Już podczas pierwszego wieczornego spaceru z mężem, spotkaliśmy je na plaży. Od kiedy dowiedziały się, gdzie mieszkamy – były naszymi częstymi gośćmi. Po kilkunastu dniach od naszego przybycia na wyspę ogłoszono lockdown. Zaraz potem była wspólna Wielkanoc i zacieśnianie więzi.

Sześciolatka uwielbiała patrzeć, jak szydełkuję i stroiła się w moje szpilki i kapelusze. Szesnastolatka choć była cicha, okazywała ogromne zaufanie – to ona pierwsza zapytała, czy mogą do nas mówić „ciociu” i „wujku”. Obie siostry przejawiały talent muzyczny, więc szybko zdecydowałam o rozpoczęciu nauki nut. Poprosiłam mojego ucznia, aby przysłał do nas mój stary keyboard z Polski, żeby mogły zacząć uczyć się gry. W czasie covidu dziewczynki nie chodziły do szkoły, więc moje lekcje stanowiły dla nich urozmaicenie i miałyśmy dzięki temu wiele radości ze wspólnego muzykowania. Kiedy mąż przywiózł z Polski swoją gitarę, szybko nauczyły się podstawowych akordów i można było stworzyć maleńki zespół. Po roku nauki zorganizowaliśmy nawet wspólny koncert dla znajomych.

Dużo śpiewałyśmy i nie tylko. Okazało się, że żadna z nich nie potrafi jeździć na rowerze (nawet mama). Z okazji urodzin malutkiej kupiliśmy rower, a na naszym, większym – uczyły się jeździć dwie starsze. Graliśmy w słowa, dzięki czemu one uczyły się polskich, my – portugalskich. Uwielbialiśmy doprowadzać się do śmiechu. Czasami ktoś z boku, mógłby posądzić nas, że śmiejemy się jak głupi do sera. Było czasem i tak, że ze śmiechu bolały nas brzuchy, a w oczach pojawiały się łzy.

Niestety łzy pojawiały się też z innych powodów. Kiedy w trakcie kolejnej wspólnej Wielkanocy świętowaliśmy rok znajomości, zauważyliśmy, jak dziewczynki łakną jajek. Namówiliśmy mamę, aby zrobiła wyjątek i pozwoliła im je zjeść. Po śniadaniu nie było nawet tych barwionych łupinami z cebuli, w których wyryliśmy wzorki. Zjadły wszystkie. Wówczas porównaliśmy zdjęcia z naszego wspólnego czasu i zauważyliśmy, że dziewczynki bardzo schudły. Kiedy bywały u nas kilka razy w tygodniu, zawsze miały apetyt, ale nie wszystko jadły. Staraliśmy się przygotowywać posiłki wegetariańskie, żeby mogły swobodnie korzystać z jedzenia. Lubiły słodycze, ale te, miały ograniczane. Żyły z zasiłków przyznanych przez państwo i dzięki pomocy opieki socjalnej. Ich mama nie pracowała. Podjęła kilka prób znalezienia pracy, ale nigdy jej nie utrzymała. W związku z tym, że nie wywiązywała się z opłat za wynajem, kilka razy zmieniała lokale, za każdym razem w gorszym standardzie.

Zaczęła prosić o pieniądze. Nie tylko nas. Okazało się, że wiele osób na wyspie jest zaangażowanych w doraźną pomoc całej trójce. Kiedy mąż pomagał w przetransportowaniu ich do kolejnego miejsca, starsza córka szepnęła w sekrecie: „Wujku, ja już mam dosyć. Nie mam siły”.

Krótko po tym wyznaniu przeżyliśmy szok. Dotarła do nas wiadomość, że państwo odebrało matce dzieci. Zastaliśmy ją nad stertą prania. Nie miała łez. Miała nieobecne oczy. Powtarzała tylko: „Co oni nam zrobili?” Po kilku dniach próbowała nakłonić nas do adopcji, aby mogła je uprowadzić i uciec.

Minęło 5 lat. Matka zniknęła, a dziewczynki rozproszyły się po świecie. W portugalski Dzień Matki, trudno nam cieszyć się majówką.

Zostaw komentarz