Dawno, dawno temu…
Wsiadłam do samochodu po stronie pasażera. Za kierownicą zasiadł mężczyzna, który najpierw napisał dla mnie wiersz, a tego dnia, chciał mi pokazać miejsce, o którym dotąd tylko opowiadał.
Jechaliśmy w stronę Trójmiasta. Znałam tę trasę z dwudniowych wagarów od życia, jakie urządziliśmy spontanicznie z mężem, kiedy jeszcze nim był.
Teraz siedziałam w samochodzie faceta, którego znałam z rozmów telefonicznych, wielu emocjonalnych słów pisanych na klawiaturze komputera i kilku spotkań w mieście mojego urodzenia. Wiózł mnie pierwszy raz „do siebie”.
Wzruszył mnie bardzo, kiedy otworzył schowek znajdujący się nad moimi kolanami. Zamiast map miast, które już dawno wyparły nowinki technologiczne, zobaczyłam batoniki, cukierki i niewielkie opakowania z ciastkami i orzeszkami.
Usłyszałam: „To wszystko dla Ciebie”.
Z odtwarzacza słychać było muzykę, która najbardziej nas do siebie zbliżyła. Już wtedy mieliśmy wspólną playlistę, wypełnioną różnorodnymi melodiami. Dzieliliśmy się nią z taką samą przyjemnością, jak smakołykami, które przygotowywaliśmy dla siebie nawzajem.
Nagle, przed moimi oczami ukazał się zaskakujący widok. Szosa wiła się wśród wysokich wzniesień, obrośniętych gęstymi lasami.
Moja szczęka opadła ze zdziwienia: „Przecież mówiłeś, że mieszkasz nad morzem,
a przywiozłeś mnie… w góry?”
Kątem oka zobaczyłam szeroki uśmiech kierowcy.
Za szybami przesuwały się przepiękne krajobrazy. Promienie słońca padały na drogę, którą jechało coraz więcej samochodów, co chwila oddalających się w zjazdach do mijanych kolejno dzielnic. My zjechaliśmy dopiero w miejscu, gdzie pojawiła się nazwa PORT.
Jadąc estakadą minęliśmy metalowe szyje żurawi pracujących przy załadunku i rozładunku ogromnych kontenerowców. Jechaliśmy dalej. W dół i w górę. W tyle zostawialiśmy osiedla i działki. Na koniec szlaban wpuścił nas na parking przed blokiem, z którego okien widać było… morze.
Trudno było mi uwierzyć, że ktoś może mieszkać w bloku z gorącymi kaloryferami i jednocześnie siedząc przy stole patrzeć na zmieniający się kolor ogromnej przestrzeni wody. Miałam szczęście – kiedy dojechaliśmy, widoczność była tak dobra, że w dali wyraźnie widziałam zarysowany kształt … na Helu.
Potem wiele razy pokonywałam tę trasę z Torunia na Babie Doły. Na tyle często, żeby w końcu zdecydować o złożeniu podania o pracę w Muzeum Miasta Gdyni.
Miałam taki sam blask nadziei w oczach, jak wszyscy, którzy sto lat temu marząc o nowym życiu, nadciągali do niewielkiej osady nad Bałtykiem, aby budować port. To właśnie o nich opowiadałam zwiedzającym muzeum, kiedy zostałam przewodnikiem stałej wystawy „Gdynia – dzieło otwarte”. Każdy bohater, dokument, zdjęcie, historia otwierały mnie szerzej na to, co przede mną. Wzruszenie kolejami losu tych marzycieli pchało mnie do eksplorowania swojej opowieści i znalezienia kolejnych drzwi do dalekomorskich przygód.
Nie mogłabym znaleźć lepszego miejsca na start w nowy etap życia. Gdynia przytuliła mnie w momencie, kiedy w Toruniu zabrakło mojej mamy.
Śpiewałam w chórze (Razzle Dazzle), byłam wolontariuszką na Gdyńskim Festiwalu Filmowym a nawet „nakręciłam” z gdyńskimi przyjaciółmi film dokumentalny pt. „APOLLO”
4 Responses
Mirosława Matyszkiewicz
Wasza historia jest niesamowita i wzrusza serce ☺️ Łza kręci się w oku ale ta pozytywna Pięknymi słowami to wszystko opisujesz.Chciałoby się czytać i czytać a tu koniec ☺️Czekam na więcej ☺️
admin
Mira, nie spodziewałam się komentarza, zauważyłam go zupełnie przypadkiem… tak rzadko ktokolwiek komentuje pod wpisami…
a Twój komentarz daje mi tyle motywacji, żeby jednak pisać dalej…
Dziękuję z całego serca za tego miłego kopniaczka i pozdrawiam zza oceanu – gdziekolwiek jesteś kochana.
Anonim
To już siedem lat? Szok!!!
A ja myślałam, że te lekcje prowadzilyśmy tak niedawno ❤️
Fajny to był czas, tyle się działo. Wtedy jeszcze nie widziałyśmy ile dopiero się zadzieje.
Tęsknię za Wami!
Buziaki
admin
Tak, to było siedem lat temu… a my nadal takie młode…hihi
To był wspaniały czas, dzięki Wam dwóm. Jestem wdzięczna życiu za Was w muzeum i teraz. Ogromnie się cieszę, że przyjaźń, która się wtedy zawiązała – trwa.
Do zobaczenia… na wyspie
Beijinhos