Nic strasznego się bać

with 2 komentarze

Szłam wąskim, ledwie oświetlonym korytarzem. Nogi same niosły ciało, bo mózg miał tylko jedno zadanie: przetrwać. Nie było nikogo, kto dodałby mi otuchy, bo jedyna osoba która od zawsze rozwiewała moje lęki szła za mną, z ufnością że ją uratuję. Nie puszczałam jej ciepłej dłoni. Istniał tylko głuchy odgłos naszych zimowych butów i my.

Nawet kiedy to piszę, klatka piersiowa zaciska się jak drut dookoła świerku w wiązance z kwiatami. Zrobiła w życiu setki, a może nawet tysiące wiązanek i wieńców, a ja niechętnie jej w tym pomagałam.  Świerk boleśnie kłuł moje delikatne dłonie. Jej dłonie były twarde, pełne śladów po wielokrotnych ranach na skórze. Nie lubiła używać rękawiczek, bo i tak nie chroniły jej rąk – aż do łokci widać było czerwone ślady po kontakcie z rdzawym drutem. Nie lubiłam z nią „pracować”, bo w głębi duszy nie zgadzałam się na jej los. Wiedziałam, że w młodości największą radość sprawiało jej przygotowywanie wielkich koszy kwiatów dla teatru. W latach 70-tych była jedną z mistrzyń kwiaciarstwa, jakie zatrudniane były w Spółdzielni Ogrodniczo – Pszczelarskiej. Niestety pracę w kwiaciarni przekreślił wypadek, który unieruchomił ją w gipsie na długie miesiące.

Po powrocie do zdrowia zastała ją zupełnie inna rzeczywistość. Powstawały prywatne punkty z kwiatami i trafiła do jednego z nich. To miejsce w niczym nie przypominało kwiaciarni. Ogrodnictwo, które dysponowało ogromnymi szklarniami z kwiatami, umową z zakładem pogrzebowym na odbiór wieńców miało też wielkie nadzieje na duże pieniądze. Tam, między hałdą świerku a składowiskiem rupieci, na kilku deskach skleconych na gołej ziemi, pod żarówką dyndającą na kablu, uczyła brzydkiego jak noc towarzysza niedoli, robić podkłady pod wieńce i wiązanki, które potem „ubierała” w kwiaty. Nie było mowy o żadnych prawach. Były tylko obowiązki. Dlatego,  to nazywała „fuchą” a „na etat” biegała do sklepu spożywczego.

Nie pamiętam ile lat tak wytrzymała. Pamiętam tylko swoją złość. Ale tam, na szczęście nie musiałam jej pomagać. Robiłam to później, kiedy wraz ze wspólnikiem nie znającym się „na rzeczy” otworzyli prywatną kwiaciarenkę. Byłyśmy pełne nadziei. Sama podpisała umowę z zakładem pogrzebowym i od nocy do nocy działała. Kiedy szłam spać, ona odliczała pieniądze, i bała się zasnąć, żeby nie zaspać na drugą w nocy, bo trzeba było jechać na giełdę kwiatów pod Warszawę. Potem rozpakowywała towar i zabierała się do wieńców, bo o ósmej otwierali kwiaciarnię. W trakcie dnia nadal robiło się wieńce, bo trzeba było się wyrobić z zamówieniami dla zakładu a i od klientów wpadały upragnione zamówienia na ukochane wiązanki ślubne.

Tempo było zawrotne. Jadało się w biegu, ale z podwójną radością: że można kupić co się chce i jemy razem. Wpadałam kiedy mogłam, ale nie było mnie tam często. Miałam swoje obowiązki: szkołę, a potem studia. W tym czasie widziałam ją, jak zasypia w każdych możliwych warunkach – najrzadziej w łóżku. Podobno w samochodzie nie pozwalała sobie na sen, czuwając nad wspólnikiem, który potrafił zasnąć za kierownicą.

Najgorzej było przed pierwszym listopada. Wówczas odpuszczałam moje zajęcia, żeby jej pomóc. Klienci zawsze podkreślali, że nasze wiązanki wyraźnie różnią się od innych, bo piękniejsze, bardziej profesjonalne a za podobną cenę co u konkurencji. Mimo tego, z roku na rok było coraz trudniej. A to okazało się, że kamienica w której wynajmowali lokal ma nowego właściciela, a ten – nowe pomysły na lokal; a to kolejny lokal okazał się piwnicą z lufcikiem zamiast okna; a to wspólnik zdecydował się na wcześniejszą emeryturę ze względu na stan zdrowia. I tak skończyła się kwiaciarnia, ale jeszcze przez kilka lat zawsze przed „Świętem Zmarłych” szukałyśmy miejsca na przygotowanie wiązanek i szalałyśmy w pośpiechu: najpierw żeby zdążyć zrobić a później, żeby je zdążyć sprzedać.

Cały ten wysiłek miał jeden cel – żebym miała inne, lepsze życie.

Obie na to pracowałyśmy, ale to ona była motorem.

Tymczasem szłam korytarzem szpitalnym, żeby oddać ją w ręce lekarzy. Miałam wrażenie, że nie wie dokąd idzie. Szła tam, gdzie ją zaprowadzę. A ja nie chciałam jej puścić. Usłyszałam diagnozę nie dającą skrawka nadziei. To ja miałam zdecydować, czy i jak ją jej przekazać. Nigdy nie rodziłam, ale w tym momencie czułam wyraźnie, że to ona jest moim dzieckiem. Do tej pory było odwrotnie.
Obezwładniający strach rozlał się po moim umyśle i ciele. Poszłyśmy dalej. Poza stukotem obcasów słychać było tylko ciszę.

Cisza dzisiejszej nocy na wyspie ma jednoznaczny wydźwięk: dosięgnęłyśmy celu.

2 Responses

  1. Alicja
    | Odpowiedz

    Piękna historia.
    I ten utwór: „niemiłości tory”.
    Zaśpiewane przecudnie.
    „Bo to nic głupiego, nic strasznego się bać”
    – aktualne dziś tak bardzo.

    • admin
      | Odpowiedz

      Wpis był zainspirowany właśnie tym utworem muzycznym. Myślę że jest i będzie aktualny, bo ciągle gdzieś na świecie ktoś bierze kogoś za rękę i muszą przejść razem na drugą stronę lęku.

Zostaw komentarz