Dziś wielki dzień satysfakcji i radości, bo dotarła do mnie informacja o rezultacie egzaminu, który zdawałam dwa miesiące temu, w szkole językowej na Maderze. To egzamin państwowy z języka portugalskiego – poziom A2. Oficjalny dokument mam prawo odebrać dopiero w październiku, ale w sieci zamieszczono już dokładne wyniki.
Kiedyś padałyby słowa: „udało się”, „nie mogę uwierzyć”, „a może to pomyłka?”. Dziś skakałam z radości wykrzykując: „zrobiłam to!”. Jak dobrze, że zaufałam życiu i sobie. A pierwsze kroki nie były takie oczywiste.
Najpierw, jeszcze mieszkając w Polsce, kupiłam książkę Beaty Pawlikowskiej „Blondynka na językach – portugalski”. Bardzo podobała mi się melodia tego języka, więc przerabiałam pierwsze strony z wielką ekscytacją. Do czasu. Pewnego dnia moja koleżanka z sopranów na próbie chóru opowiadała, że dzięki Erasmusowi studiowała na Maderze i dzięki temu zna podstawy portugalskiego. Postanowiłyśmy pokonwersować w tym języku i już po kilku słowach usłyszałam: „Iza, ale to portugalski brazylijski, a nie ten, którym posługuje się Portugalia.” Mój entuzjazm zgasł w tym momencie bezpowrotnie, ale nie poddałam się całkowicie. Znalazłam w sieci „Radio Praia” z Porto Santo i chociaż w ten, muzyczny sposób zaczęłam przyswajać co nieco.
Wyprowadzając się na wyspę umiałam jedynie podstawowe słowa: „obrigada”, „bom dia”, „Sou Pollaca” itp.
Już po pół roku zaczęliśmy z mężem uczęszczać na płatny kurs języka dla obcokrajowców. Miał być intensywny i trwać jeden miesiąc. Po naszych naciskach przedłużono możliwość nauki o kolejny miesiąc. Potem dowiedzieliśmy się o możliwości darmowej nauki w szkole. Zapisaliśmy się na listę oczekujących i we wrześniu powędrowaliśmy na pierwsze zajęcia.
Usiadłam w klasie, przy ławce, przed zieloną tablicą, na której Professora napisała kredą swoje imię i nazwisko. Kiedy odczytała zasady – zadrżałam, bo usłyszałam: „Zgłaszamy się do odpowiedzi, nie zabieramy głosu bez pozwolenia, nie opuszczamy klasy bez pozwolenia” itp.itd…
Powróciły niekomfortowe wspomnienia szkolne. Wracałam z tej pierwszej lekcji zrezygnowana i zniechęcona. Pierwszy raz w życiu zapytałam sama siebie: „chcesz tego?” Nie chciałam. Kiedy zakomunikowałam to na głos, wokół słyszałam zdziwienie i motywowanie do zmiany decyzji. Ale już ją podjęłam: „Nie idę do szkoły”. Pierwszy raz dałam sobie prawo do odmowy. Malutka Izunia nigdy nie miała takiej szansy. Przez 17 lat nauki stawałam do nauki i licznych egzaminów. Nie pytałam, czy muszę. To było oczywiste. Tym razem było inaczej. Na zajęcia do szkoły poszedł wówczas mój mąż.
Uczyłam się naturalną metodą „zanurzenia w języku” próbując rozmawiać z mieszkańcami. Po roku od tej „odmowy” zapisałam się do szkoły jeszcze raz. Tym razem z ogromną radością kupiłam sobie wszystkie potrzebne rzeczy, aby rozpocząć naukę. I tak przez cztery lata uczyłam się najpierw na terenie szkoły podstawowej, potem w budynku szkoły średniej. Dwa razy w tygodniu (a nawet zdarzył się rok, kiedy mieliśmy zajęcia trzy razy w ciągu tygodnia) z ogromną przyjemnością rozmawiałam i pisałam po portugalsku w maleńkiej grupie obcokrajowców zamieszkujących wyspę. Spotkałam tam wspaniałych ludzi z różnych stron świata: Niemcy, Francuzi, Angielki, Holendrzy, była też Iranka, Białorusinka, Amerykanka i ostatnio nawet Polka, ale najdłużej siedziałam w ławce z przepiekną kobietą z Madagaskaru.
Mąż w pierwszym roku nauki chodził do szkoły pięć razy w tygodniu, ponieważ nie było wówczas wielu chętnych. Tym sposobem nie tylko był „rok do przodu” ode mnie, ale częstotliwość zajęć sprawiła, że bardzo szybko zaczął mieć zadowalające rezultaty. Dlatego to on szybciej zanurkował w język, załatwiał sprawy urzędowe w naszym imieniu, porozumiewał się szybciej i bardziej komfortowo z Portugalczykami na wyspie.
Kiedy poinformowaliśmy naszą Professorę o zamiarze podejścia do egzaminu o poziomie A2 stwierdziła, że o mojego męża jest spokojna, ale co do mnie nie jest pewna, czy sobie poradzę. Dlatego nie nastawiałam się zbytnio na spektakularny efekt, ale też nie czułam presji, że cokolwiek muszę. Szczerze mówiąc poza oglądaniem portugalskiego serialu „Queridos Papas” i przygotowywaniem się do lekcji w szkole, nie robiłam specjalnych przygotowań. Nawet książki z przykładowymi testami przekładałam tylko z półki na półkę, bez ślęczenia nad tekstami i plikami audio, które wprawiały mnie wyłącznie w złość.
Postanowiłam podejść do egzaminu opierając się wyłącznie o to, co zdołałam zapamiętać i przyswoić dzięki nauce w szkole oraz podczas interakcji z mieszkańcami. W dniu egzaminu, lecąc na Maderę, zaczęłam się stresować, ale już po pierwszej części egzaminu wyluzowałam. Postanowiłam, że dam z siebie wszystko, co w tym momencie mogę z siebie wykrzesać i skupiłam się na mobilizacji do komfortowego i skutecznego wykonania zadań. Przed drugą, pisemną częścią egzaminu poszliśmy na obiad. Jedliśmy bez stresu, śmiejąc się nawet z tego ciekawego doświadczenia. Nastawialiśmy się pozytywnie do kolejnego etapu. Okazało się, że dalej było coraz trudniej, ale nie panikowaliśmy i wysyciliśmy czas maksymalnie. Na szczęście od rezultatu egzaminu nic nie zależało, ale pozytywny wynik otwiera nas na nowe możliwości.
Dziś położe się spać dumna z siebie i wdzięczna życiu:
- za to niełatwe, ale bardzo satysfakcjonujące doświadczenie
- za ludzi, którzy pomogli mi po drodze
- za zaufanie do życia i swojej intuicji
4 Responses
Mira
Gratulacje Izuniu
Mocno Ci kibicuję w osiąganiu kolejnych celów i spełnianiu marzeń
admin
Dziękuję Mira,
to dzięki takim „życzliwcom” jak Ty, wyznaczam kolejne cele. Dziękuję za Twoje wsparcie.
Joanna
DZIĘKUJĘ……kwiatek….
admin
Cóż to za tajemniczy komentarz? Za co to „Dziękuję”? i co to za „kwiatek”?
Proszę napisz coś więcej Joanno…