Obrazek z życia

with 4 komentarze

Nigdy nie zapomnę imienia tego chłopca. Jego oczy były załzawione nawet wtedy, gdy się śmiał. Widywałam go na moich zajęciach tylko przez rok, ale do dziś pamiętam niezwykłe ciepło jego dłoni.

Karolek miał sześć lat, kiedy dołączył do grupy przedszkolnej. To była tak zwana grupa integracyjna. Wśród zdrowych, uśmiechniętych dzieci widywałam tam maluchy z grymasami spowodowanymi skutkami różnych chorób. Kiedy zobaczyłam to dziecko pierwszy raz – jego oczy ukryte były za okrągłymi szkiełkami okularów. Nie patrzył w niczyje oczy bezpośrednio, tak jakby nie chciał zobaczyć w nich reakcji na jego wygląd. A wyglądał tak, jak jego rówieśnicy z tą różnicą, że wszędzie, nawet we włosach widać było brązowe płytki zrogowaciałej skóry, która pokryta była maścią.

Moje zajęcia zawsze zaczynały się od marszu z rękoma na biodrach. Po wmaszerowaniu dzieci do sali rytmicznej, grałam na pianinie muzykę do biegu i podskoków, po których następowała melodia na powitanie. Śpiewaliśmy wesoło: „Czas na rytmikę, czas na muzykę, czas na śpiewanie i granie”. Powtarzaliśmy to dwukrotnie, żebym miała czas posłać uśmiech do każdego. Starałam się uchwycić wzrok poszczególnych dzieci i skupić uwagę na sobie. Po powitaniu podchodziłam do dzieci i w kilku słowach zachęcałam do pierwszej zabawy. Najczęściej była to piosenka wykonana w dużym kole, po czym następowało dobieranie się w pary, dlatego zanim zaczęłam grać proponowałam, aby dzieci zdecydowały z kim będą tańczyć i stanęły obok wybranej osoby. Kiedy była nieparzysta ilość dzieci, stawałam przy dziecku, dla którego nie starczyło kolegi i włączałam akompaniament z magnetofonu.

Tak było tym razem. Dzieci dobrały się w pary, a ja stanęłam przy chłopczyku w okularach, do którego nikt nie podbiegł i kiedy rozległa się melodia wstępu do piosenki, automatycznie wyciągnęłam ręce do jego dłoni. Chował ręce za plecami. Nie patrzył w moje oczy. W ułamku sekundy spostrzegłam na jego skórze brązowe zmiany, które pokrywały część twarzy i szyję. Muszę przyznać, że kiedy po mojej zachęcie wyciągnął do mnie swoje ręce poczułam dyskomfort. Zobaczyłam, że skóra jego maleńkich dłoni pokryta jest brązowymi zgrubieniami skóry. Nie widziałam, że tak wygląda większość skóry na jego ciele, ponieważ miał długie rękawy. Szybko przełamałam swój opór i sięgnęłam po jego dłonie.

Okazało się, że nigdy dotąd nie trzymałam dłoni, które były tak ciepłe. Chłopczyk spojrzał w górę i zobaczyłam jego uśmiechnięte załzawione oczy. Śpiewałam za niego, ale w powtarzającym się refrenie pod koniec piosenki śpiewaliśmy już razem. Obawiałam się reakcji dzieci przy zmianie partnera. Niestety moje przypuszczenia sprawdziły się już przy kolejnej zabawie: nikt nie chciał podać ręki chłopcu. Zapytałam go: „Karolku, a czy ja mogę z Tobą zatańczyć drugi raz?”. Skinieniem głowy dał mi znak potwierdzenia. Tego dnia nie podejmowałam kolejnych prób zbliżenia dzieci, ale podkreślałam obecność Karola w grupie i moją przyjemność obcowania z nim. Wybrałam go jako mojego asystenta do rozdawania instrumentów, podawał dzieciom kolorowe szarfy w moim imieniu, dziękowałam mu za każdym razem obejmując go serdecznie.

Od tego pierwszego uścisku dłoni roztopiła się cała niechęć, a na jej miejsce pojawiła się czułość. Na kolejnych zajęciach wiedziałam już, że nauczyciele i dyrekcja musieli przetrwać batalię z rodzicami, ponieważ zażyczono sobie osobnych ręczników i dozowników mydła dla każdego dziecka, mimo że ichthyosis – choroba zwana „rybią łuską” nie jest zaraźliwa.  Na szczęście Karol szybciej od końca tej utarczki słownej, zyskał sobie miano fajnego przyjaciela wśród dzieci. A był naprawdę wyjątkowy: spokojny, cierpliwy, pełen ciepła dla każdego wokół siebie. Z rozrzewnieniem wspominam scenę pożegnania. Wszyscy śmialiśmy się i płakaliśmy – dzieci i dorośli.

Myślę, że Karolek był w tamtym czasie darem od życia, który wołał do wszystkich bezgłośnie: „sprawdzam”. Życie sprawdzało nas w taki piękny sposób. Dzięki temu mogliśmy wszyscy uczyć się akceptacji, empatii i miłości.

Dziś sprawdza nas wirus. Jak wypadamy w tej lekcji? Chyba bardzo słabo…

4 Responses

  1. Alicja
    | Odpowiedz

    Przepiękna opowieść. Opowiedziałaś ją z taką czułością… Dziękuję Ci za podzielenie się.

    • admin
      | Odpowiedz

      Dziękuję Alicjo za miłe słowa. Karolek wyzwalał we mnie czułość – wystarczyło to wspomnienie ubrać w słowa.

  2. Syberyjska Dziewczyna
    | Odpowiedz

    Oczywiście popłakałam się przy czytaniu. Piękna historia, przede wszystkim dlatego, że (jestem o tym przekonana) ważna dla tego chłopca. Myślę, że Twoje mądre, empatyczne i przemyślane działanie z pewnością wiele dla niego wówczas znaczyło i być może pokazało mu, że w tym świecie, w którym nikt nie chce podać mu ręki, czasem jednak można znaleźć osobę, która to zrobi.
    A tak na marginesie – nie ma to jak siedemnastominutowe wieczorne rozmowy, od których tyle się zaczyna 😀 Nie pozostaje mi nic innego jak „zrobić” Aksamitkę. 😀

    • admin
      | Odpowiedz

      Dziękuję Syberyjska Dziewczyno
      To niemożliwe, że gadałyśmy tylko 17 minut! Jeśli tak, to brawo dla nas, bo tak krótko a owocnie
      Czekam na „Aksamitkę” tak samo jak na „Syberyjskie opowieści”
      Jak dobrze, że Cię mam – dziękuję za kopniaka, dzięki któremu powstał ten wpis

Zostaw komentarz