Powrót czy nowe wyzwanie?

with Brak komentarzy
Obiecałam sobie, że nie będę pracować po 50tce. Dotrzymałam słowa i trzymałam się tej decyzji przez 6 lat.

W tym czasie przyznałam sobie nagrodę, za moje zaangażowanie w wykonywanie pracy zawodowej od 1990r. To nie pomyłka. Pracowałam już nawet wcześniej – pierwszą umowę o pracę mam z 1986r. Jako szesnastolatka byłam zatrudniona jako asystent instruktora w Kapeli „Polka” w Wojewódzkim Domu Kultury w Toruniu. Moim zadaniem było nauczanie nut i przygotowanie repertuaru kapeli ludowej.

Od pierwszego roku studiów prowadziłam zajęcia umuzykalniająco – rytmiczne w dwóch bydgoskich przedszkolach. Potem już było tylko więcej przedszkoli i Ognisko Muzyczne. Kiedy podjęłam pracę etatową, nie zrezygnowałam z działalności mojej „firmy”, tylko pracowałam na dwa fronty: każdego ranka rytmika w przedszkolach, a całe popołudnia i wieczory praca w Ognisku Pracy Pozaszkolnej w Toruniu. Zdarzało się, że do trzeciej nad ranem nagrywałam akompaniamenty dla Teatru „Vaśka”, żeby dorobić sobie na spłatę rat za instrument, który targałam ze sobą dwa razy w tygodniu, kiedy prowadziłam rytmikę w tzw. „zerówkach”.

Prowadziłam bale karnawałowe dla dzieci, nagrywałam na kasety magnetofonowe akompaniamenty do wykonywania kolęd, produkowałam płyty z autorskimi piosenkami, organizowałam festiwale piosenek i spotkania integrujące artystów toruńskich. Grałam nawet na ślubach w Urzędzie Stanu Cywilnego.

Jednak przede wszystkim byłam nauczycielem muzyki. Nie tym stojącym przy tablicy i realizującym założenia programowe. Uczyłam muzyki siedząc przy uczniu, zapisując nuty jego ulubionych melodii, wyklaskując z nim rytmy, grając na cztery ręce. Chodziłam z uczniami na koncerty przekazując zasady muzycznego savoir vivre’u. Zamiast egzaminów organizowałam otwarte lekcje. Wspierałam rodziców, kiedy nadchodził naturalny kryzys w nauce gry, ale też wspierałam uczniów, kiedy okazywało się, że pomysł lekcji nie pochodzi od nich samych. Owszem zdarzały się trudne momenty jak ten, kiedy usłyszałam od uczennicy, że rodzice płacą mi za to, żeby ona umiała a nie ćwiczyła. Ale większość wspomnień jakie mam, pielęgnuję jako cudowne chwile spotkania z człowiekiem.

I od spotkania z człowiekiem na wyspie zaczęło się nowe…

Jeszcze zanim otrzymaliśmy klucze do domu na Porto Santo, postanowiliśmy kupić lampę z wentylatorem, o której zawsze marzyłam. Zobaczyłam taką w jednym z tutejszych sklepów. Obsługa była tak profesionalna i miła, że zapamiętałam kobietę, dzięki której w moim nowym domu pod sufitem działa do dziś ta lampa. To były pierwsze dni naszego nowego życia po przeprowadzce na wyspę. Już po kilku dniach, spotkaliśmy tę samą kobietę w innym sklepie i znowu obsłużyła nas z uśmiechem i zaangażowaniem. Ze spotkania na spotkanie wiedziałyśmy o sobie coraz więcej.

Któregoś dnia, zobaczyłam pod sukienką wydatny brzuszek, świadczący o ciąży. Kiedy dowiedziała się jaka będzie płeć jej dziecka, umówiłyśmy się, że kiedyś przyprowadzi córeczkę na lekcje gry do mnie. Zobowiązałam się bez chwili wahania, choć wiedziałam, że chcę być lojalna wobec mojego wcześniejszego postanowienia o niepodejmowaniu pracy.

W międzyczasie zaproponowano mi kilka godzin dla nauczyciela gry na pianinie w filii maderskiej szkoły muzycznej – miałam bezzwłocznie zastąpić innego nauczyciela. Niestety nie miałam apostille mojego dyplomu i ostatecznie natychmiastowe zastępstwo przyjął ktoś inny, ale dzięki tej propozycji przygotowałam potrzebne dokumenty. Wówczas pierwszy raz przyjrzałam się głębiej mojej dawnej decyzji. Okazało się, że do „szuflady z napisem PRACA”, włożyłam wszystko: satysfakcję i upokorzenia, podziękowania rodziców uczniów i niskie zarobki, wolność w tworzeniu swojej metody i ograniczenia systemowe, zaangażowanie w pracę i utratę życia osobistego, możliwość rozwoju i nadszarpywanie godności. Zdałam sobie sprawę, że ja nie chcę unikać pracy, tylko jej negatywnych konsekwencji. Nie chcę nigdy więcej czuć się wykorzystana, wyciśnięta jak cytryna, bez wyraźniej nagrody w postaci adekwatnej zapłaty za moje zaangażowanie i umiejętności. Samo uświadomienie sobie tego, uwolniło nową perspektywę i przestrzeń na podejście do tego tematu inaczej.

Na początku czułam dyskomfort, bo miałam wrażenie, że zmieniając decyzję nie pozostanę lojalna wobec siebie. Ale im dłużej przyglądałam się tej sprawie i temu, co przynosi życie, zmieniałam kierunek myślenia. Zerknęłam na kompas i postanowiłam zmienić kurs o zaledwie kilka stopni. Nie bez kozery kompas wynaleziono długo przed zegarem: bo kierunek jest ważniejszy niż czas.

A czas sprawił, że maleństwo które poznałam kiedy jeszcze mieszkało w brzuchu mamy, ma teraz 5 lat i z ogromną radością przybiegło do mnie na lekcje gry na pianinie (trzymając za rękę jeszcze jedną dziewczynkę chętną do nauki). Dlatego zrobiłam stronę informującą o nowej działalności na wyspie: Aulas de Piano na Porto Santo i pod lampą z wentylatorem zaczynam nowy, portugalski etap.

Na moje szczęście język muzyki to najbardziej uniwersalny język komunikacji.

Tu możesz wesprzeć moją twórczość:Postaw mi kawę na buycoffee.to

Portugalska (brazylijska) wersja piosenki „Do-Re-Mi” z musicalu „The sound of music”
Piosenka jednego z moich „muzycznych dzieci” skomponowana specjalnie dla mnie

Zostaw komentarz